Niedziela, 15 września 2019

Podziel się:

Kosztowna operacja to dla pięcioletniego Szymona jedyna szansa

2014-03-04 12:01:29 (ost. akt: 2014-03-05 09:25:22)

Szymon miał nie przeżyć odcięcia pępowiny. A żyje i pięknie się uśmiecha. Rodzice zebrali już dużo pieniędzy potrzebnych do zoperowania dziecku serca. Brakuje im jeszcze 40 tys. zł. Bez zabiegu jego serduszko w każdej chwili może przestać bić.

Polub nas na Facebooku:
To była wielka radość w rodzinie. Aldona i Mariusz Matwiejukowie z Łukty w powiecie ostródzkim byli zachwyceni informacją o ciąży. Mieli już sześcioletniego synka, który bardzo chciał mieć braciszka. To było osiem miesięcy szczęścia i radości.
— Pod koniec ósmego miesiąca ciąży byłam zmuszona zmienić lekarza prowadzącego, bo moja pani doktor zamknęła prywatną praktykę. Poszłam do innego ginekologa. A tam przy pierwszym przyłożeniu głowicy USG pan doktor zauważył wadę serca — opowiada Aldona Matwiejuk.

Jedna diagnoza gorsza od kolejnej
Zaczęły się badania w specjalistycznych gabinetach prywatnych i badania prenatalne. Każdy specjalista stawiał inną, ale równie przerażającą diagnozę. Raz była to zniekształcona twarzo-czaszka, innym razem przeróżne anomalie, łącznie z brakiem kończyn czy złożoną wadą serca. Innym razem zespół Downa lub zespół Edwardsa.

— Słyszałam otwarte, głośne wypowiedzi lekarzy typu: takie ciąże się usuwa. Wpisali nas do krajowego rejestru wad złożonych. Granice psychicznej wytrzymałości powoli nam pękały od nadmiaru tragicznych informacji — mówi pani Aldona.
Termin porodu w szpitalu w Olsztynie wyznaczony został na 15 maja 2009 r. W przeddzień Aldona i Mariusz rozmawiali z kolejnym specjalistą.

— Powiedział: Mają państwo jedno zdrowe dziecko, jesteście młodzi. Za jakiś czas będziecie mogli postarać się o drugie, bo z tego nic nie będzie. W momencie odcięcia od pępowiny będzie koniec — cytuje mama Szymona. — Następny dzień to był dzień porodu przez cesarskie cięcie. Byłam sama w szpitalu, mąż ze starszym synkiem w domu. Rano zabrali mnie do zabiegowego w celu przygotowania do porodu. Szybki telefon do męża. Czas uciekał, a ja chciałam go zatrzymać chociaż do momentu przyjazdu męża. Wieźli mnie na salę operacyjną. Zrozpaczona prosiłam, żeby dali jeszcze chwilę, .żeby mąż zdążył dojechać i pożegnać się z synkiem, dopóki żyje. Nie zdążył. Gdy po wszystkim otworzyłam oczy, za rękę trzymał mnie mąż. Ze łzami w oczach powiedział: Kochanie, mały żyje! Jest śliczny! Śliczny, zdrowy chłopczyk. Tylko serduszko jest chore... Pokazał mi zdjęcie synka zrobione w inkubatorze na OIOM, a gdy już dostałam pozwolenie od lekarza, zawiózł mnie na wózku do synka.

Szymon oddychał samodzielnie, serduszko szybko biło. Żył i to było cudem.

Jest szansa, ale ona dużo kosztuje
Mały twardziel rozpoczął walkę o życie. Liczne wielotygodniowe pobyty w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Kilkakrotnie cewnikowane serduszko. Systematyczne badania układu krążenia, echo serca itd. U Szymonka stwierdzono: całkowity kanał przedsionkowo-komorowy, niedomykalność wspólnej zastawki, powiększoną prawą komorę, odejście obu naczyń tętniczych z prawej komory serca, łuk aorty prawostronny, tetralogię Fallota, odaortalne krążenie oboczne, nieprawidłowy spływ żył płucnych, znaczną dekstropozycję aorty, brak ciągłości aortalno-mitralnej, podzastawkowe i zastawkowe zwężenie tętnicy płucnej i pnia płucnego, dodatkową żyłę główną górną lewoskrętną, izomeryzm prawoprzedsionkowy, dyskretną sinicę.
Rodzice chłopca nieustannie konsultowali się ze specjalistami, którzy rozkładali ręce w geście bezradności. Ale w końcu się udało.

— Znaleźliśmy ratunek u pana prof. Edwarda Malca, kardiochirurga z kliniki Munster. Po skrupulatnej analizie dokumentacji medycznej postanowił podjąć próbę korekcji serduszka. Ale koszt leczenia operacyjnego to około 37 tys. euro (i etap leczenia). To olbrzymia suma — mówi pani Aldona.

W zbiórkę zaangażowało się kawał powiatu ostródzkiego. Odbywały się akcje charytatywne. — Szymon jest podopiecznym Fundacji „Przyszłość dla Dzieci”, a poza nią w zbiórkę włączyła się oczywiście rodzina, przyjaciele i znajomi — mówi Matwiejuk. Pomagają też wszystkie morąskie szkoły i przedszkola, wolontariusze, księża trzech morąskich parafii, władze oraz mieszkańcy Morąga i okolic, mieszkańcy gminy Łukta, w tym dwa salony fryzjerskie. Efekt jest piękny. Na ratowanie życia Szymona jest już 110 tys. zł.
— Wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc i bardzo za nią dziękujemy. Brakuje nam jeszcze 40 tys. zł. Jest nam bardzo ciężko to uzbierać. Boimy się, czy zdążymy. Czy serduszko naszego synka da nam jeszcze trochę czasu? Saturacja spada, jest na poziomie 74–76 proc. Szymonek męczy się coraz bardziej. Pieszy spacer, zabawa z dziećmi na placu zabaw, jazda rowerkiem czy wejście po schodach na piętro jest dla niego wysiłkiem nie do pokonania — mówi Aldona Matwiejuk.

A poza tym? Poza tym Szymon rozwija się prawidłowo. Ma już prawie pięć lat. Jest przepełniony radością życia, ma uśmiechnięte oczy i uśmiechniętą buzię, z której wypływa potok mądrych słów. We wszystkich wzbudza sympatię. Jest odważnym, dzielnym, bardzo inteligentnym chłopcem, u którego na pierwszy rzut oka choroby nie widać. — A my mamy jedno marzenie: żebyśmy zdążyli naprawić serduszko naszego synka — mówią rodzice chłopca.

Aby pomóc Szymonowi, można wpłacać pieniądze na numer konta: 96 1240 1590 1111 0010 2790 8977 z dopiskiem „Szymon Matwiejuk — operacja”. Chłopiec jest podopiecznym Fundacji „Przyszłość dla Dzieci”.

mk

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Polub nas na Facebooku: