środa, 26 lipca 2017

Podziel się:

Pokonanie złego stwora kosztuje bardzo wiele

2014-12-05 09:02:21 (ost. akt: 2014-12-05 09:54:27)

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

— Rak kosztuje dużo więcej niż to się wydaje — mówi Alicja Roszkowska. Jej syn żyje dzięki lekarzom, ale rodzina przetrwała także dzięki ludziom, którzy w najgorszym czasie Roszkowskim pomogli.

Polub nas na Facebooku:
U Roszkowskich wszystko szło dobrze. Oboje dorośli mieli ciekawą pracę, dziecko, potem drugie. Rodzina szczęśliwa, jak z obrazka. Aż powaliła ich informacja, że ich wyczekany, wychuchany, zdrowy do tej pory dwulatek ma raka. Chodził z tym rakiem przez co najmniej pół roku, zanim został w końcu zdiagnozowany. Okazało się, że straszny ból nóżek to nie bóle wzrostowe, jak wcześniej przekonywali lekarze. To był rak kości miednicy, mięsak Ewinga. Arcyrzadki u tak małych dzieci. I do dzisiaj 11-letni teraz Mateusz jest najmłodszym człowiekiem w Polsce, który przeżył po takiej diagnozie i przetrzymał wycieńczające leczenie.

Jakie ma szanse? Trzy procent
— Chemioterapia kojarzy się zwykle z wypadaniem włosów. Proszę państwa, to jest najmniejszy z problemów — mówi Alicja Roszkowska, mama Mateusza. Ona sama maksymalnie wykorzystała urlop z pracy. Kiedy się skończył, poszła na bezpłatny wychowawczy. W tym czasie pracował tylko jej mąż. Żyli z jednej pensji: ona z Mateuszem w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie, mąż ze starszym synem w domu w Olsztynie.
— Zapytałam lekarzy, jakie szanse na wyleczenie ma moje dziecko. Usłyszałam, że trzy procent. Stwierdziłam, że to wystarczy, bo jest szansa — mówi Roszkowska. Nieważne wtedy stała się praca, wszystko przestało mieć znaczenie. Liczyło się tylko ratowanie dziecka.

Nie tylko zresztą u Roszkowskich tak było. W każdej rodzinie, w której dziecko choruje na raka, jedno z rodziców musi przestać pracować. Zwykle matka. I jest przy dziecku w szpitalu przez długie miesiące, czasami nawet lata. Nie ma mowy o jakimkolwiek zarobkowaniu.

— Koszty się zwiększają, a pieniędzy jest mniej. Bo wiadomo, jedna pensja to nie dwie. Podczas gdy za cytostatyki do chemioterapii nie płacimy, to jednak ponosimy całą masę innych kosztów. Potrzebne są leki dodatkowe, których szpital nie zapewnia. Trzeba kupić bardzo drogie preparaty przeciwgrzybicze, bo dziecko z niemal zerową odpornością natychmiast łapie wszystko. Nam takie leki sprowadził znajomy aptekarz z Niemiec. Walczy się a to z zaparciami, a to z biegunką. Opłacić trzeba pobyt rodzica w szpitalu, bo chociaż matki śpią na krzesłach, to przecież nie za darmo. Potrzebne są maty, preparaty do dezynfekcji. Specjalna dieta. Mnóstwo, mnóstwo wydatków — wylicza Roszkowska.

Fundacja pomogła od razu, od ręki
Rodzice Mateusza na początku nie mieli głowy do spraw organizacyjnych. Ich koleżanka znalazła Fundację „Przyszłość dla Dzieci”, założoną przez wydawcę „Gazety Olsztyńskiej”.
— Sami byśmy na to nie wpadli — przyznaje Alicja Roszkowska. — Fundacja założyła nam subkonto. Ale przedstawiciele fundacji świetnie rozumieli naszą sytuację. Wiedzieli, że pieniądze potrzebne są nam natychmiast. My byliśmy skupieni na leczeniu dziecka i nie w głowie nam było wtedy chodzić i prosić o pieniądze. Od razu, od ręki dostaliśmy więc z fundacji kilka tysięcy złotych. To pomogło nam przetrwać te pierwsze chwile.

Roszkowska podkreśla także uczciwość fundacji. — To nie jest jedna z tych organizacji, które na pomoc przeznaczają trzy procent przychodów, a resztę na utrzymanie biura i pracowników. Nic z tych rzeczy. Oni naprawdę pomagają dzieciakom i rodzicom, którzy tej pomocy pilnie potrzebują — zaznacza Alicja Roszkowska.

Jak mówi, nie wyobraża sobie, żeby rodzice usłyszeli od pracowników fundacji: nie mamy pieniędzy.
— My mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy w Olsztynie. Ale co mają powiedzieć ludzie ze wsi albo mniejszych miejscowości? Oni muszą dojechać do szpitali albo później do lekarzy na kontrole. Razem z tym wycieńczonym dzieckiem. Nie mają samochodów. Jeżdżą pekaesami albo pociągami, siłą rzeczy narażając dzieci na infekcje. Nie mają możliwości dotarcia do szybkiej diagnostyki — mówi Roszkowska.

To kropla w morzu potrzeb
Potrzeba pieniędzy nie kończy się wcale wraz z zakończeniem leczenia. Chociaż od operacji Mateusza minęło już osiem lat, chłopiec do dzisiaj przyjmuje leki aż dziewięć razy dziennie. Intensywnie się rehabilituje, jeździ na turnusy rehabilitacyjne. Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za dziesięć godzin rehabilitacji. To kropla w morzu. Gdzie więc reszta? Opłaca ją Fundacja „Przyszłość dl Dzieci”.

Mateusz Roszkowski nie jest wyjątkiem. W podobnej sytuacji są dziesiątki dzieci, którzy walczą z rakiem, albo walczą o sprawność po zakończeniu leczenia. Każdego roku w województwie warmińsko-mazurskim lekarze wykrywają kilkadziesiąt kolejnych zachorowań na raka u dzieci.
To dla nich teraz zbieramy pieniądze. Potrzeba ich bardzo dużo. Dlatego przedstawiciele fundacji zorganizowali akcję „Odczaruj stwora na święta”. Uruchomili stronę internetową, na której każdy może przeganiać stwory, a tym samym pomóc dzieciom walczącym z rakiem.

WEJDŹ I ODCZARUJ
Każdy może włączyć się do akcji. Wystarczy wejść na stronę przyszloscdladzieci.org/odczaruj i odczarować stwora na święta.
Możesz też wpłacić pieniądze na konto: 58 1240 1590 1111 0000 1453 6887 z dopiskiem „odczaruj stwora”.
Partnerem akcji jest samorząd województwa warmińsko-mazurskiego.

Małgorzata Kundzicz

http://m.wm.pl/2014/12/orig/stworek-222635.jpg

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Polub nas na Facebooku: