Sobota, 27 maja 2017

Podziel się:

Mam tylko jedno życzenie

2014-12-23 09:43:27 (ost. akt: 2015-01-12 13:14:57)
— Marzę o tym, żebyśmy te święta spędzili w domu — mówi Wioletta Gruźlewska, mama 10-letniego Patryka

— Marzę o tym, żebyśmy te święta spędzili w domu — mówi Wioletta Gruźlewska, mama 10-letniego Patryka

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Wciąż czekamy na decyzję lekarzy — mówi 17-letnia Martyna Koszewnikow. Podobnie jak większość młodych pacjentów Szpitala Dziecięcego ma nadzieję, że te święta spędzi w domu. Nikt jednak nie może jej tego obiecać.

Polub nas na Facebooku:
— Jeśli mogłabym spełnić swoje marzenie na święta, to chciałabym być zdrowa. I spędzić Boże Narodzenie w domu. Chciałabym, żeby te święta po prostu były normalne — mówi 18-letnia Martyna Koszewnikow, z którą wczoraj rozmawialiśmy na Oddziale Klinicznego Onkologii i Hematologii Szpitala Dziecięcego w Olsztynie.

Kiedy w pierwszej klasie gimnazjum na jej udzie pojawił się guz, nie zwróciła na niego większej uwagi. — Myślałam, że to jakiś uraz z treningu koszykówki. Uwielbiałam koszykówkę, to było moje hobby. Poza tym nawet mnie to nie bolało, nie rzucało się w oczy. Dopiero kiedy w 2013 roku guz zaczął mnie boleć, postanowiłam go zbadać. Lekarz pierwszego kontaktu dał mi skierowanie na reumatologię. Diagnoza była jednoznaczna: nowotwór złośliwy — opowiada — W dodatku jeden z najrzadszych przypadków. Prawie niespotykany — dodaje.

Dlaczego moja córka?
— Początkowo nie mogłam się z tym pogodzić. Pierwszą myślą było: dlaczego akurat moja córka? Za co? Czy ona w ogóle przeżyje? — wspomina Katarzyna Koszewnikow. Ponieważ cały czas musi być przy Martynie, postanowiła tymczasowo zamieszkać razem z nią w oddziałowym pokoju. — Jestem jej potrzebna. Po blokach chemicznych jest bardzo słaba, potrzebuje pomocy w najprostszych czynnościach — wyjaśnia. — Łóżko kosztuje 15 złotych za noc. Do tego dochodzą dodatkowe koszty leczenia, wyjazdy. Ja nie pracuję, bo niby kiedy? Wcześniej też nie pracowałam. Akurat, kiedy miałam zacząć szukać pracy, usłyszeliśmy diagnozę. Wtedy odpuściłam, bo jaki pracodawca zatrudniłby kogoś, kto ciągle będzie brał zwolnienia lekarskie? — pyta. Rodzina Koszewnikow utrzymuje się z pensji ojca. — Z pieniędzmi bywa krucho. Teraz jakoś sobie radzimy, bo mąż właśnie wrócił ze Szwecji. Ale nie wiadomo, kiedy kolejny wyjazd i zlecenia, nie wiemy, czy później też "jakoś to będzie" — opowiada pani Katarzyna.

Życie do góry nogami
— Zaraz po postawieniu diagnozy padła decyzja o operacji. Trzeba było wyciąć guza — opowiada Martyna. — Niedługo później przeszłam kolejną operację, tym razem wycięcia sporego obszaru zdrowych tkanek w okolicy, w której był guz. A później przyszło najgorsze, czyli tzw. bloki chemiczne. Było źle. Po każdej takiej sesji wymiotowałam przez tydzień i nie mogłam wstawać z łóżka — wspomina.

— Mimo to moja córka ma ogromne poczucie humoru. Kiedy została jej już tylko jedna rzęsa i wypadły wszystkie włosy, potrafiła malować tuszem tylko tę jedną rzęsę, bo musi uzyskać efekt wydłużenia — śmieje się pani Katarzyna. — Przykro mi, że jej życie wywróciło się do góry nogami. Zero kontaktów towarzyskich, wyjść i normalnego dorastania. Jedzenie to tylko kaszki i przeciery. A przecież miejsce nastolatki nie jest w szpitalu...

Na oddziale oprócz mamy Martynie towarzyszy także jej chłopak Mateusz Laskowski. — Spędzam z nią każdą wolną chwilę, podtrzymuję na duchu. Wierzę w to, że ona z tego wyjdzie. Musi wyjść. Jest bardzo dzielna — podkreśla.

Niestety, badanie kontrolne po ostatnio zakończonym leczeniu 4 października nie dało dobrych wyników. Diagnoza: przerzuty do płuc. — Mam w płucach 28 guzów — mówi Martyna — Czeka mnie kolejne ciężkie leczenie — dodaje. — Na którego koniec odbijemy sobie wszystkie opuszczone imprezy i zabawy. Musimy tylko to przetrwać — twierdzi Mateusz. A na razie oboje marzą o tym, żeby na święta Martyna mogła pojechać do domu. — Czekam na decyzję lekarzy. Wszystko zależy od tego, czy nagle mi się nie pogorszy — wyjaśnia dziewczyna.

Żeby święta były domu
— Marzę o tym, żebyśmy te święta spędzili w domu. Wszyscy razem, a nie tylko spotkali się na odwiedzinach na oddziale — mówi Wioletta Gruźlewska, mama 10-letniego Patryka. Kiedy w wakacje na skórze jej syna zaczęły się pojawiać krostki i wybroczyny, nie miała większych podejrzeń. — Myślałam, że to zwykła alergia. Ale zaczęła go bardzo boleć głowa, był coraz słabszy, bledszy. Poszliśmy do lekarza i dostaliśmy skierowanie na morfologię krwi.

Okazało się, że Patryk choruje na anemię aplastyczną, czyli niewydolność szpiku kostnego — wyjaśnia. — Od razu dostaliśmy skierowanie do szpitala dziecięcego. Śpię razem z synem na oddziale, bo przecież nie mogę codziennie pokonywać 100 kilometrów z Kurzętnika, żeby się z nim zobaczyć. Poza tym czuję się bezpiecznej, jeśli on tu jest na stałe, pod czujnym okiem lekarzy — twierdzi. Żeby móc opiekować się synem, musiała wziąć 60-dniowe zwolnienie lekarskie z pracy. — W nowym roku mogę wziąć kolejne. Na szczęście mam wyrozumiałego szefa. Ale nie wiem, co zrobię, kiedy i to drugie zwolnienie się skończy — mówi.

— Anemia aplastyczna jest uleczalna. Obecnie syn bierze leki, które mogą mu pomóc. Muszą mu pomóc! Jeśli tak się nie stanie, potrzebny będzie przeszczep szpiku kostnego. Żyję nadzieją, że to tego nie dojdzie — podkreśla.

— Patryk miewa lepsze i gorsze okresy. Te gorsze to te pełne strachu, jak kiedyś, kiedy obudził się w nocy z bólem głowy, za wysokim ciśnieniem i okazało się, że istnieje możliwość krwotoku wewnętrznego. Natychmiast dostał odpowiednie leki, ale byłam przerażona — wspomina pani Wioletta. — Mam nadzieję, że najnowsze wyniki krwi będą dobre. Żeby Patryk chociaż na święta wyszedł do domu — dodaje.

Rodzice są z dziećmi
Jolanta Duda, pielęgniarka oddziałowa Onkologii i Hematologii Szpitala Dziecięcego:
— To, co pomaga wprowadzić świąteczny nastrój na oddziale, to przede wszystkim obecność rodziny. Rodzice rezygnują z kolacji w domu, żeby być razem z dzieckiem i przywożą przygotowane potrawy. Poza tym sam szpital przygotowuje na święta specjalne potrawy, takie jak ryby czy ciasta. Na pewno nie jest to standardowe szpitalne jedzenie Na oddziale czuje się bliskość, bo pacjenci i personel medyczny na czas świąt tworzą jedną wielką rodzinę: śpiewamy razem kolędy, jemy kolację. Szczególnie w ten wieczór mimo że jesteśmy w szpitalu czuje się rodzinną atmosferę.

Odczaruj stwora, zapomnij o chorobie
Fundacja "Przyszłość dla Dzieci" prowadzi akcję "Odczaruj stwora na święta". Akcja poruszyła wiele serc. W ubiegłym tygodniu uczniowie klas I-III Szkoły Podstawowej nr 34 w Olsztynie, zrobili pod kierunkiem nauczycielki świetlicy Aleksandry Branickiej, zabawki dla chorych dzieci i przyniosły do fundacji. Dziękujemy!


Ewelina Zdancewicz

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Polub nas na Facebooku: