Czwartek, 27 lipca 2017

Podziel się:

Nam się udało, ale inni walczą

2015-01-02 10:17:43 (ost. akt: 2015-01-12 13:11:25)

Autor zdjęcia: Przemysław Getka

— Trudno powiedzieć, co się czuje, kiedy, patrząc na cierpienie swojego dziecka, gryziesz zaciśniętą pięść, żeby się nie rozpłakać — opowiada Adam Jabłonowski. On ma to już za sobą. Wielu innych rodziców dzieci chorych na raka właśnie w tym momencie przeżywa to samo. Jeszcze przez kilka dni możesz dla nich "Odczarować stwora".

Polub nas na Facebooku:
Rodzina Jabłonowskich z Olsztyna nie chce dziś pamiętać tamtych chwil. Od udanego przeszczepu szpiku Wojtka minęło w grudniu 9 lat. — W naszych sercach wciąż jest wdzięczność i szczęście, ale o tych traumatycznych chwilach związanych z chorobą staramy się na co dzień nie myśleć — mówi Adam Jabłonowski, ojciec 15-letniego dziś Wojtka. Najgorszych momentów nie chce też wspominać Urszula Januszewska, mama Zuzi. — Ze względu na Zuzię. Chcemy, żeby zapomniała, żyła dalej. Już tyle się wycierpiała — przekonuje. Choroba nigdy jednak nie da o sobie zapomnieć. Każda kontrola i wizyta u lekarza to strach. — Na to nie da się uodpornić — dodaje Adam Pastalski, ojciec Wiktora. Wszyscy rodzice przyznają, że najtrudniejsze w życiu chwile pomogli im przetrwać inni ludzie. Lekarze, pielęgniarki, opiekunki i każdy, kto wsparł Fundację „Przyszłość dla Dzieci”. Teraz można pomóc innym rodzinom, które zmagają się z rakiem swoich dzieci. To ostatnie dni akcji "Odczaruj stwora na święta".

Igły wypadały z żył
Wojtek Jabłonowski z Olsztyna zachorował na białaczkę w 2003 roku, kiedy miał trzy lata. Szok, przerażenie i rozpacz — to czuli jego rodzice. — Wszystko inne poszło na bok. Przy dziecku trzeba być wtedy cały czas. Bo co z tego, że w szpitalu ma dobrą opiekę? On potrzebował rodziców. Zrezygnowałem ze studiów, a po jakimś czasie moja działalność gospodarcza zaczęła upadać. Było krucho z pieniędzmi — wspomina ojciec Wojtka. Specjalistyczne leki, rehabilitacje i dojazdy do Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu pochłaniały ogromne koszty. Rodzice zwrócili się o pomoc do Fundacji „Przyszłość dla Dzieci”. — Bez tego byłoby trudno. Fundacja zwróciła nam koszty dojazdów, leków, żywności specjalistycznej... — wylicza pan Adam. Rok po diagnozie Wojtek przeszedł pierwszy przeszczep szpiku kostnego od niespokrewnionego dawcy. Nie przyjął się, a inne metody leczenia okazały się nieskuteczne.

— To trauma. Trzymasz na kolanach swoje dziecko i przytrzymujesz mu wenflony. Żyły miał tak zniszczone, że igły same mu wypadały — mówi Adam Jabłonowski. W 2005 roku odbył się kolejny przeszczep szpiku. Udało się i do dzisiaj Wojtek jest zdrowy. — To wspaniały i zbuntowany nastolatek. Jest gimnazjalistą, chodzi do Pałacu Młodzieży na modelarstwo i świetnie rysuje. Ma doskonały zmysł przestrzenny, może zostanie architektem? — zastanawia się pan Adam. Jego syn nie chce wspominać choroby, koncentruje się na tym, co jest dziś i planach na przyszłość. Raz w roku jeździ na kontrolę do Wrocławia. — Nigdy nie zapomnimy o ludziach, którzy nam pomogli. Wojtek jest zdrowy, nam się udało. Ale inni walczą, im też trzeba pomóc — zachęca ojciec chłopca.

To zaszczyt być jej mamą
Kiedy Urszula Januszewska podejrzewała u córki nowotwór, lekarze pytali: — Po co pani chorób szuka? W końcu 9-letnia dziś Zuzia urodziła się z przepukliną oponowo-rdzeniową i wodogłowiem. Przeszła wiele operacji, m.in. wymiany układu zastawkowego z powodu jego dysfunkcji i operację stóp końsko- szpotawych. — Nigdy bym nie pomyślała, że może mieć nowotwór. Tyle chorób i taka mała dziewczynka, to było nie do pomyślenia — przekonuje pani Urszula. Lekarze początkowo podejrzewali, że dziecko ma powikłania związane z wodogłowiem. Ostateczna diagnoza padła w 2008 roku — chłoniak anaplastyczny.

— Nikt nie dawał jej szans. Przeszła ciężką chemioterapię. Pierwszą dostała w święta Bożego Narodzenia... — urywa mama Zuzi. Ze względu na choroby córki pani Urszula zrezygnowała z pracy zawodowej, a jej tata na pewien czas wyjechał za granicę. Wszystko, co zarobił, szło na leki i rehabilitację. — To są ogromne koszty. Kiedy walczysz o życie dziecka ostatnią rzeczą, o jakiej chcesz myśleć, są pieniądze. Ale niestety bez nich, bez pomocy ludzi, nie wiem co by było — nie ukrywa pani Urszula. Nie jest łatwo prosić o pomoc. Mama Zuzi długo miała nadzieję, że sami sobie poradzą. — Dla Zuzi schowałam dumę do kieszeni. Zadzwoniłam do fundacji — dodaje Januszewska. Nowotwór udało się pokonać. Nie był to jednak koniec leczenia. Dziewczynka ze względu na wrodzone wady wciąż jest pod opieką kilku poradni oraz uczęszcza na rehabilitację. Niedawno spędziła dwa tygodnie w szpitalu, podejrzewano u niej nowotwór jelita grubego. Całe szczęście diagnoza nie potwierdziła się. — To dzielna dziewczyna. Chodzi do szkoły integracyjnej, ale wcale nie chce mieć taryfy ulgowej, nie odpuszcza sobie i stara się uczyć tak jak inne dzieci. Zajęła też piąte miejsce w Mistrzostwach Polski w szermierce na wózku. Bycie mamą takiej Zuzi to zaszczyt — podkreśla Urszula Januszewska.

Guz wielkości pomarańczy
— Miesiąc leżał bezwładnie na łóżku. Jego organizm był wycieńczony — mówi Adam Pastalski z Lubawy. U Wiktora Pastalskiego, jego syna wykryto nowotwór w 2007 roku. Chłopiec miał wtedy zaledwie półtora roku. Stało się to przez przypadek podczas wizyty u lekarza rodzinnego, od razu skierowano go do Szpitala Dziecięcego w Olsztynie. To tam zdiagnozowano nowotwór, a następnie po zaledwie dwóch dniach wysłano do Warszawy. Guz, który u niego wykryto był tak wielki, że nie można było go usunąć operacyjnie. Dopiero po dziewięciu kuracjach chemioterapii lekarze w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie zdecydowali się usunąć guz. — Był wielkości pomarańczy. Później była kuracja podtrzymująca — opowiada pan Adam.

Mężczyzna nie ukrywa, że 9-letni Wiktor stracił dzieciństwo. Przez długi czas musiał być izolowany ze względu na potencjalne infekcje. Teraz nowotwór nie daje o sobie znać, ale zostały powikłania. Jeszcze podczas kuracji podtrzymującej chłopiec przeszedł zabieg wydłużenia ścięgien Achillesa w Poznaniu. — Cały czas trzeba rehabilitować prawą nogę. Wiktor cierpi też na obustronny głęboki niedosłuch. Układ odpornościowy również nie jest najlepszy, czego dowodem jest przeziębienie, którego niedawno nabawił się chłopiec. — dodaje Pastalski. Tata wychowuje go sam, dlatego musiał porzucić pracę. Mówi wprost, że często dochodziło do naprawdę kryzysowych sytuacji. — Leczenie w Warszawie, operacja w Poznaniu, rehabilitacja w Ameryce i jeszcze logopeda w Iławie. Chemia, leczenie podtrzymujące, wizyty u specjalistów. Niewyobrażalne pieniądze — przyznaje pan Adam.

Nina Ramatkowska

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Polub nas na Facebooku: