Poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Podziel się:

Tam, na Ukrainie, moja córka była bez szans

2016-09-24 08:00:00 (ost. akt: 2016-09-26 14:13:54)

Autor zdjęcia: archiwum GO

Jeśli wyniki badań będą prawidłowe, jest szansa, że Marina wyjdzie na przepustkę ze szpitala. Nie będzie musiała już chodzić w kapciach, jak poprzednio, gdy jeszcze nie miała butów. Fundacja „Przyszłość dla Dzieci” zadbała, żeby chorej na białaczkę dziewczynce niczego nie brakowało.

Polub nas na Facebooku:
Swietłana Meretina dużo się modli. W pokoju jej córki Mariny na szafce stoi ikona Matki Boskiej Jarosławskiej. Jeśli Matka z Dzieciątkiem wysłucha próśb Swietłany, to jest szansa, że wrócą do domu. Do domu, w którym został pięcioletni brat Mariny, Jarosław. Może Marina nabierze już apetytu i zje ulubione pierogi z owocami. Najlepiej polane śmietaną i posypane cukrem.
Ten pokój ze świętym obrazkiem nie należy do Mariny, ale po tylu miesiącach można przywyknąć i czuć się jak u siebie. To pokój na oddziale klinicznym onkologii i hematologii dziecięcej szpitala dziecięcego w Olsztynie. Kroplówka, badania, chemia — tak wygląda teraz świat ośmioletniej dziewczynki. Pory roku zmieniają się tylko za szybą szpitalnego okna. Obchód, badania, posiłek. Rytm dnia nie chce się zmienić.

W dzień jest nawet nie najgorzej. Marina powycina kwiaty z papieru, poprzykleja ozdoby. Dobrze, że są takie zajęcia w szpitalu, podczas których można czymś zająć ręce i myśli. Nie zastanawiać się, czy za chwilę znów będzie bolało. Pani pokaże coś ciekawego i nauczy nowych rzeczy. Marina i kroplówka w zasadzie się zrosły, ale ręce są wolne i mogą coś wyczarować. Świat na chwilę robi się kolorowy, jak te kwiaty z papieru, które Marina skrzętnie chowa w małym słoiku. Dziewczynka jest bardzo blada.

Wieczorami robi się mniej znośnie. Przychodzą takie zmory, które przypominają dziewczynce, jak czuła się po pierwszym bloku chemii. — Żeby zasnąć, córka musi wziąć tabletkę — tłumaczy jej mama.

Życie państwa Meretinów na Ukrainie do niedawna płynęło spokojnie i Marinie do snu wystarczała tylko przeczytana bajka. Swietłana pracowała w instytucji państwowej, która zajmuje się pomocą poszkodowanym w wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jej mąż, Wasyl, był traktorzystą. Marina chodziła do szkoły.— Zaniepokoiła mnie gorączka, która nagle pojawiła się u córki i utrzymywała się przez tydzień— wspomina Swietłana.

— Kiedy lekarze powiedzieli, że to białaczka limfoblastyczna, postanowiłam, że nikomu o tym nie powiem. Bo może to jednak nie białaczka? Może coś zupełnie innego.

Lekarze jednak się nie pomylili. Marinę zaatakował nowotwór i trzeba było szybko go przegonić. Po pierwszej chemioterapii ukraińscy specjaliści rozwiali nadzieję na to, że będzie lepiej. Kazali szukać ratunku gdzie indziej. — Wiedzieliśmy jedno: żeby ratować Marinę, musimy wyjechać za granicę. Najpierw myśleliśmy o Niemczech, ale okazało się, że to za drogo. Wybór padł na Polskę. Zaopiekował się nami mój brat, który jest księdzem, i był w Polsce akurat na praktykach — wspomina Swietłana.

Swietłana spakowała siebie i córkę. Do jednej walizki włożyła niezbędne rzeczy. — Do samolotu nie dało się wziąć więcej bagażu— tłumaczy Ukrainka. We dwie wiosną przyjechały do Olsztyna.

Zamieszkała z córką w szpitalu dziecięcym. Co noc rozstawia leżankę i tak śpi. Płacze, gdy wypowiada imię synka. — Jedyne, czego mi brakuje, to właśnie jego — wzrusza się. — Nie widziałam go już pięć miesięcy.
Rano i wieczorem rozmawia z małym Jarosławem przez Skype'a. Jak na razie, to jedyna forma kontaktu. — Jak zobaczę się z bratem, to go przytulę i uściskam — zapewnia Marina. Pierwszy blok chemii podany w Polsce narobił problemów. — Córka wymiotowała, miała biegunki i strasznie spuchła. Nie mogła jeść — opowiada Swietłana.

Teraz jest już trochę lepiej. Wasyl, tata Mariny, odwiedza córkę, kiedy tylko może. Dojechał do nich później. Dwa miesiące — tyle trwało szukanie stancji dla ukraińskiej rodziny. — Nie chcieli nam wynająć, bo my nie stąd — sugeruje Swietłana. — I z dzieckiem.
W końcu udało się wynająć dwupokojowe mieszkanie blisko szpitala. A Wasyl znalazł pracę w zakładach mięsnych. Dzięki temu mają ubezpieczenie, więc odchodzą już koszty leczenia. Ale nadal na wszystko brakuje. Wasyl zarabia najniższą krajową, więc na opłacenie stancji idzie prawie cała pensja. Nie mają na bieżące potrzeby, nie mają na nic.
Dobrze, że było jeszcze wtedy ciepło, kiedy Marina wyszła na przepustkę. Na nogach miała kapcie. Bo nie miała butów, bo z tych, w których przyjechała, już wyrosła. Zresztą, ile może zmieścić się w jednej, pospiesznie pakowanej walizce?

Losem dziewczynki zainteresowała się Fundacja „Przyszłość dla Dzieci”. — Pierwszy blok chemioterapii, jaki otrzymała Marina, kosztował 50 tysięcy złotych. Część kosztów pokryła społeczność ukraińska. Ale my też dołożyliśmy swoją cegiełkę w kwocie 10 tysięcy złotych — opowiada Iwona Żochowska-Jabłońska, dyrektor zarządzający Fundacji.

Fundacja postarała się, żeby mama Mariny, której całe dnie i noce mijają na czuwaniu nad chorą córką, mogła zjeść ciepły posiłek. — Wykupiliśmy pani Swietłanie obiady abonamentowe. Wiadomo, dziecku przysługuje posiłek. Ale co ma zrobić rodzic, który całymi dniami jest przy swoim dziecku?
Przedstawiciele Fundacji zapytali, czego najbardziej potrzeba przybyszom z Ukrainy. Ich wymagania nie były duże. — Mama Mariny poprosiła o jakieś bluzki i spodnie dla córki. I o buty, żeby już dziecko nie musiało na przepustki chodzić w kapciach — opowiada Iwona Żochowska-Jabłońska.

Po artykułach o losach małej Mariny odezwali się nasi czytelnicy, ludzie dobrego serca. Na fundacyjne konto zaczęły płynąć przekazy z dopiskiem „ Dla Mariny”. Uzbierała się kwota, dzięki której można było kupić ubrania i inne rzeczy potrzebne chorej na białaczkę dziewczynce.
Swietłana podkreśla, że ma szczęście. Że wokół niej jest tylu dobrych i pomocnych ludzi, jak ci, z Fundacji.

Prawdziwa niespodzianka spotkała ją w środę w tym tygodniu. — To dla mnie? — Marina patrzyła z niedowierzaniem, ale jej uśmiech zdradzał wszystko. Małą pacjentkę odwiedzili nasi dziennikarze oraz Iwona Żochowska-Jabłońska. Przyszli z podarunkami, które udało się kupić dzięki ofiarności ludzi. Szpitalne łóżko zapełniło się kolorowymi prezentami, które Marina chciała obejrzeć już, natychmiast. Były tam ubrania, zabawki i buty. — Dziękujemy! — Swietłana nie kryła wzruszenia.

Marina powoli otwierała opakowania, szeleściła folią. Samo otwieranie prezentów sprawiało jej radość. Dziewczynka przymierzyła kurtkę, założyła bluzę. — Pasuje — śmiała się. Na jednej z bluzek była postać Elzy z ulubionej bajki „Kraina Lodu”. Cieszyło ją wszystko, bez wyjątku. — Która najładniejsza?— zapytaliśmy. — Wszystkie — mała rączka Mariny zatoczyła krąg.

W różowej kopercie był prezent dla rodziców dziewczynki. — To bony żywieniowe do supermarketu — wyjaśniła Iwona Żochowska-Jabłońska. I dodała, że jeśli Meretinom czegoś jeszcze brakuje, to wystarczy, żeby tylko powiedzieli. Fundacja na pewno pomoże.

Marina się uśmiecha. Nie do wiary, że można być tak chorym i nie tracić pogody ducha. Kolczyki błyszczą w jej uszach. Na głowie ani jednego włosa. Wszystkie wypadły po chemioterapii. Na parapecie leży Irenka, ulubiona lalka małej pacjentki. Są gry. Takie, w które lubiła grać z Jarosławem w domu. Marina coraz lepiej radzi sobie z językiem polskim. Tam, na Ukrainie chodziła do szkoły, miała koleżanki. Tu jest cały czas z mamą. Mama poczyta jej ukraińskie bajki, opowie coś do snu. Bardzo się ze sobą zżyły.

Swietłana mówi wprost, że tam, na Ukrainie, jej córka była bez szans. Że gdyby nie rzucili wszystkiego i tu nie przyjechali, mogłoby już Mariny z nimi nie być.

Jaki jest twój ulubiony kolor?— zagadujemy Marinę. Dziewczynka pytanie rozumie, szuka odpowiedniego słowa w języku polskim. Podpytuje mamę. — Marina lubi wszystko, co się błyszczy, co się świeci — tłumaczy Swietłana. I dodaje, że Marina jest spokojnym dzieckiem, trochę zamkniętym w sobie.
Swietłana nie marzy o wielkich rzeczach. Marzy, żeby Marina wyzdrowiała i żeby wrócić jak najszybciej do domu, do Jarosława. Co mówią lekarze? Kiedy nastąpi to „najszybciej” pytamy?— W styczniu — głos Swietłany grzęźnie w gardle.

Aleksandra Tchórzewska, mk


Podopiecznym Fundacji „Przyszłość dla Dzieci” można pomóc w każdej chwili wpłacając pieniądze na konto: 58 1240 1590 1111 0000 1453 6887.

Polub nas na Facebooku: