Wtorek, 21 listopada 2017

Podziel się:

Każdy dzień mógł być tym ostatnim

2017-10-20 09:41:35 (ost. akt: 2017-10-20 09:50:20)
Ola jest psychologiem klinicznym i dziecięcym. Od kilku lat żyje w szczęśliwym związku. Mieszka i pracuje w Warszawie. Już wie, że ma szansę spełnić marzenie o dzieciach

Ola jest psychologiem klinicznym i dziecięcym. Od kilku lat żyje w szczęśliwym związku. Mieszka i pracuje w Warszawie. Już wie, że ma szansę spełnić marzenie o dzieciach

Autor zdjęcia: Kamil Foryś

Aleksandra Gąsior ma 27 lat i mnóstwo planów na przyszłość. Dziesięć lat temu dzięki Fundacji Przyszłość dla Dzieci przeszła operację serca. Jej historia jest dowodem na to, że zawsze trzeba mieć nadzieję i trzeba walczyć do końca.

Polub nas na Facebooku:
Ola Gąsior miała 5, 5 roku, kiedy nagle dostała napadu padaczkowego. Krzysztof Gąsior, jej tata wiózł ją do szpitala dziecięcego łamiąc wszystkie przepisy drogowe. Zaintubowano ją w stan śpiączki farmakologicznej. — Leżała w Centrum Zdrowia Dziecka W Warszawie. Dochodziła do siebie ponad trzy miesiące. Słyszeliśmy jak mówili: trupa przywieźli — wspomina tata Oli.
Mówi, że on wziął na siebie wszystkie formalne sprawy związane z chorobą Oli. Żonie byłoby ciężej o tym mówić.

Lekarze bezradnie rozkładali ręce. — Podejrzewano guz mózgu, a rodzicom brakowało już łez — wspomina Aleksandra. — A to było niedotlenienie spowodowane wadą serca.
Jeden z pacjentów Centrum Zdrowia Dziecka miał takie same inicjały jak Ola. Lekarz trafił do niej przypadkiem. — Lekarz był w szoku, że nikt wcześniej nie zaproponował mi operacji — wspomina.
Od początku było ciężko. — Ola przyszła na świat 27 lat temu — opowiada pan Krzysztof. — Jaka wtedy była medycyna? To były zupełnie inne czasy. Nie wiedzieliśmy, że będzie chora.
Ola dostała 10 punktów w skali Apgar. Ale w trzeciej dobie zsiniała. Szybko stało się jasne, że ma HLHS ( wrodzona wada serca, polegająca na niewykształceniu prawidłowej lewej komory serca - red.) — Nie było telefonów, internetu. Miotaliśmy się: co robić. jak teraz żyć? Dlaczego jest ta dziura w sercu? — opowiada pan Krzysztof.

Olę zoperowano w Centrum Zdrowia Dziecka. Nastąpił regres w jej rozwoju. — Czułam się fizycznie i psychicznie źle — wspomina. — Nie potrafiłam nawet sama usiąść, czołgałam się. Umiałam czytać, a po tej operacji nie rozróżniałam liter. A jej tata dodaje: — Na drugie piętro musiałem wnieść córkę na barana. Już w przedszkolu czuła się odrzucona.
Czasu na rozmyślania nie było. Rodzice Oli zaczęli szukać pomocy poza granicami kraju. — Pisałem i do Holandii, i do Stanów Zjednoczonych — wyznaje. — Nauczyłem się chodzić od człowieka do człowieka. Niemcy przysłali czek na 10 tys. złotych, Francuzi zrobili akcję i udało im się uzbierać 20 tys.złotych.
Ola przeszła operację w Uppsali, w Szwecji. Wykonano u niej dwukierunkowe zespolenie Glenna. — Kiedy córka poszła do szkoły, rozpoczął się koszmar... — mówi Krzysztof Gąsior.
Ola mówi, że boli do dzisiaj. Najgorszy moment? W gimnazjum. Zadaniem uczniów było przedstawić projekt autorski. Jak mówi Ola, wyszydzono jej chorobę. — Coś we mnie pękło i wybiegłam z sali. Powiedziałam, że do szkoły już nie wrócę — opowiada.
Oli nikt nie chciał podawać ręki. — Dzieci bały się, że się zarażą — mówi gorzko. — Doszły szyderstwa, obelgi i wyzwiska. Na przerwach urządzano sobie wyścigi. Przedrzeźniano mnie, naśladowano moją zadyszkę. Wygrywał ten, który najlepiej ją udawał.

W liceum było znaczenie lepiej. — Pamiętam, jak na matematyce dostałam ataku epilepsji. Pisaliśmy wtedy klasówkę. Jeden z kolegów rzucił klasówkę i przybiegł do mnie, żeby udzielić mi pierwszej pomocy — wspomina.
Po tym zdarzeniu ciągle dzwonił do niej telefon. Przyjaciele dzwonili z pytaniem, jak się czuje. — Wtedy dopiero zaczęłam chcieć żyć — mówi. — Poczułam, że są ludzie, którzy mnie akceptują. Poczułam się wartościową osobą.
Cały czas przed Olą było jednak widmo śmierci. — Po operacji w Szwecji powiedziano, że mogę przeżyć co najwyżej 30 lat. — Żyłam ze świadomością, że każdy dzień mógł być ostatni — opowiada. — Zastanawiałam się: czy dożyję, czy będę miała szansę iść na studia?

Ola miała 17 lat i siedziała na fotelu dentystycznym. — Wtedy dowiedziałam się, że jest lekarz, który może mi pomóc. Miałam łzy w oczach.
Ale na tę operację potrzeba było aż 16 tysięcy euro. Z pomocą przyszła Fundacja „Przyszłość dla Dzieci”. — Ogłosiliśmy zbiórkę i okazało się, że jest wielu darczyńców chętnych do pomocy — wspomina Iwona Żochowska-Jabłońska, szefowa fundacji. — Dzięki temu Olę zoperowano w Monachium.
To był 2007 rok. — Kiedy szłam na operację, bałam się, że umrę. Mój starszy brat tak na mnie patrzył... Odwracałam głowę. Bałam się, że nigdy już nie zobaczę najbliższych.

Operacja zakończyła się sukcesem. — Kiedy dziś przychodzą do nas rodzice podopiecznych i wydaje nam się, że sytuacja jest beznadziejna, przypominamy sobie Olę. Skoro 10 lat temu udało się już pomóc, to teraz tym bardziej! — dodaje Iwona Żochowska-Jabłońska
Jak jest dziś? Ola jest psychologiem klinicznym i dziecięcym. Od kilku lat żyje w szczęśliwym związku. Mieszka i pracuje w Warszawie. Już wie, że ma szansę spełnić marzenie o dzieciach. Już nie żałuje, że nie mogła pójść na upragnioną medycynę. — Często jest tak, że pacjenci fizycznie mają opiekę, ale psychicznie nie ma się kto nad nimi pochylić, kto ich wesprzeć — uśmiecha się. — Dlatego jestem psychologiem.
Fundacja „Przyszłość dla Dzieci” założona przez wydawcę „Gazety Olsztyńskiej” istnieje już 15 lat. Pod swoimi skrzydłami ma 315 podopiecznych z Warmii i Mazur.

Aleksandra Tchórzewska
a.tchorzewska@gazetaolsztynska.pl


Jeśli chcesz pomóc innym podopiecznym fundacji, przekaż jeden procent swojego podatku, wpisując numer KRS 0000148747 w zeznaniu podatkowym. Możesz także pomóc już dziś, wpłacając pieniądze na konto fundacji: 58 1240 1590 1111 0000 1453 6887.
Polub nas na Facebooku: